Ciechocinek jest bardzo ładną, choć ostatnio nie nazbyt modną miejscowością wypoczynkową. Dość daleko jest stamtąd do lasu, nie ma w pobliżu wzgórz, nawet do Wisły trzeba iść spory kawałek drogi - około dwóch kilometrów. Otaczają Ciechocinek łąki i pola uprawne, rozciągające się w dawnym korycie Wisły. Jedyne spore wzgórze - to Raciążek ze sterczącym i z daleka widocznym kościółkiem. Dla młodzieży więc Ciechocinek nie stanowi żadnej atrakcji - młodzież woli miejscowości nad morzem lub w górach, nad jeziorami lub na brzegu rzeki, tam gdzie jest plaża z kajakami lub gdzie można odbywać długie, ciekawe spacery. Dlatego w Ciechocinku mało widać młodzieży.
Za to pełno tu ludzi starszych, statecznych kuracjuszy, którzy przyjeżdżają, aby wypoczywać i leczyć nadwątlone zdrowie. To dła nich przede wszystkim są sanatoria i łazienki z kąpielami solankowymi i borowinowymi. To przede wszystkim dla nich zbudowano slynne ciechocińskie tężnie, po których spływa solanka, nasycając powietrze zdrowotnym jodem. Kuracjuszom wystarcźa płękny park zdrojowy ze stawem, po którym pływają łabędzie, z pawiami dostojnie kroczącymi po trawnikach, wystarcza im zapach róż rozkwitających na kwietnikach, kawiarnia w parku, spacery po zadrzewionych asfaltowych uliczkach, podziwianie pięknych fontann i wodotrysków.
W samym centrum Ciechocinka, tuż obok wielkiej fontanny w kształcie grzyba, jest parking strzeżony. Czarna limuzyna stała na nim pośród kilkunastu innych samochodów. Gdy zobaczyłem ów czarny wóz, podjechałem swym wehłkułem pod budkę dozorcy parkingu.
- Zaparkować go chciałbym - wskazałem swojego „sama”.
- Proszę ustawić na samym końcu ten pański... samochód - dodał zawahawszy się, czy wehikuł mój zasłiguje na podobną nazwę.
Udałem, że nagle dostrzegam czarną limuzynę.
- Boże, jaki piękny wóz! - krzyknąłem z zachwytem.
- A pewnie, że ładny - przytaknął dozorca. Spojrzał na mój wehikuł, potem popatrzył na czarny samochód. Różnica była tak wyraźna i tak rażąca, że nie zdziwił go zupełnie mój zachwyt.
- To chyba jakiegoś cudzoziemca? - rzekłem, Dozorca pogardliwie wzruszył ramionami.
- Nie widzisz pan, że rejestracja jest warszawska? Z Warszawy facet przyjechał na wypoczynek.
- Ciekawe, ile kosztował ten samochód - powiedziałem. Dozorca znowu popatrzył na mojego „sama”.
- Na pański wóz na pewno się nie zamieni. Zresztą zapytaj go pan - roześmiał się. Wydało mu się, że powiedział doskonały dowcip. - Tak, tak, zaproponuj mu pan zamianę. Ten pan poszedł teraz do „Zdrojowej”. Ma czarną malutką bródkę, Na pewno znmieni się z panem na samochody.
Udałem obrażonego, i to tak bardzo, że zamiast na parkingu pozostawiłem „sama” przy krawężniku za fontanną.
Przed wejściem do „Zdrojowej” Hanka zatrzymała się.
- Niech pan idzie sam - rzekła. - To podobno dość wytworny lokal, a ja jestem źle ubrana. Niech pan spojrzy na moją sukienkę, czy w czymś takim można się tam pokazać?
- Niech pani nie gada głupstw - burknąłem. - Ja także jestem daleki od elegancji.
Był wieczór, „Zdrojowa” dopiero zapełniała się gośćmi. Orkiestra już grała i na parkiecie kręciło się kilka par, ale wiele stolików w ogromnej sali było jeszcze pustych. Zajęliśmy rnały stoliczek przy drzwiach, by obserwować stąd całą salę, a jednocześnie mieć baczenie na wychodzących i wchodzących do lokalu.
Na sali był tylko jeden mężczyzna z niewielką czarną bródką. Siedział w pobliżu parkietu, a towarzyszyła mu starsza tęga blondynka i młodziutka ruda dziewczyna, Tę dziewczynę skądś chyba znałem. „Aha, to Teresa, autostopowiczka, którą podwiozłem do Ciechocinka - przypomniałem sobie. - A ta pani to zapowne ciotka, do której dzłewczyna jechała”. Pan z bródką mógł mieć najwyżej czterdzieści lat, był przystojny i elegancki.
Kończyli właśnie kolację, bo pan z bródką rozglądał się za kelnerem.
- Co państwo sobie życzą? - przy naszym stoliku stanął kelner.
Noleżało się spodziewać, że pan z czarną bródką zaraz zapłaci i zdecyduje się opuścić „Zdrojową”.
W tej sytuacjł nie wydawało mi się celowe zamawianie kosztownych dań.
- Dwie duże kawy i dwa kawałki tortu - powiedziałem.
Kelner skrzywił się niechętnie.
- O tej porze, proszę państwa, konsumpcja jest u nas obowiązkowa. Wynosi najmniej trzydzieści złotych od osoby.
- To poproszę o dwa brizole - rzuciłem trochę nieprzytomnie, gdyż do pana z bródką podszedł kelner.
- Ja nie mam przy sobie ani grosika - szepnęła mi Hanka.
- To nic. Ja jestem trochę zamożniejszy - powiedziałem.
Okazało się, że pan z bródką przywołał kelnera, aby jeszcze coś zamówić. Orkiestra właśnie zaczęła grać i pan z bródką poprosił do tańca Teresę. Na twarzy jej ciotki uwidoczniło się zadowolenie. Pan z bródką, jako posiadacz pięknego samochodu, zapewne wydawał się ciotce odpowiednią „partią” dla siostrzenicy. O, znam trochę te starsze panie, które, nim jeszcze dziewczyna podrośnie, już upatrują, za kogo by ją wydać za mąż.
- Zatańczymy? - spytałem Hankę.
- Co takiego? W takiej sukience? - zawołała z oburzeniem.
- Musimy przyjrzeć się z bliska temu panu - rzekłem i podniosłem się od stolika. Ukłoniłem się Hance i poprowadziłem ją na parkiet.
Ruda dziewczyna natychmiast mnie poznała. Mrugnęła do mnie dyskretnie, tak że nie zauważył tego ani pan z bródką, ani ciotka, która pilnie ją obserwowała.
- Swietnie pan tańczy - powiedziała Hanka.
- Tak? - zdziwiłem się, choć wiedziałem, że tańczę bardzo, dobrze.
- I w ogóle przy bliższym poznaniu bardzo pan zyskuje - mówiła dalej Hanka. - Bo zazwyczaj młodzi ludzie przy bliższym poznaniu raczej tracą w moich oczach.
- To pewnie dlatego, że pisanie ikon na zamówienie ja już nie jestem taki młody...
- Teraz żałuję, że z początku tak niegrzecznie zachowywałam się w stosunku do pana. Ach, gdyby jeszcze miał pan ładniejszy samochód, moglibyśmy zrobić wycieczkę na przykład do Torunia. Bo pańskim gruchotem to aż wstyd jeździć.
- Nie podoba się pani moje auto? - spytałem. I od razu zrobiłem się gniewny. Ilekroć ktoś zaczął wydziwiać na temat mojego ,,sama”, zaraz mnie to bardzo złościło. Mój samochód nie zasługiwał na złośliwości, których mu nie szczędzono.
- No, piękny to on nie jest - rzekła Hanka.
- Oświadczam pani, że także zyskuje przy bliższym poznaniu.
Ruda dziewczyna znowu do mnie porozumiewawczo mrugnęła. Tym razem jednak dostrzegła to Hanka.
- Cóż to za bezczelna smarkula, zaczepia ludzi na parkiecie - powiedziała Hanka.
- To moja znajoma - wyjaśniłem. - Jadąc w te strony podwiozłem ją samochodem aż do Ciechocinka. Z początku także kpiła z mojego wozu, ale potem przcstała.
- A więc to była dłuższa znajomość?
- Nie. Nawet bardzo krótka. Około 70 kilometrów.
-- I na tak krótkiej trasle ta panienka zdążyła p-znać walory i pana, i pańskiego auta - kpiła Hanka.
- Miałem na myśli tylko moje auto. Mądry człowiek pozna się na nim już po dwóch kilometrach jazdy,
- Innymi słowy: ja jestem głupia?
Rozpoczęła się między nami sprzeczka, która uniemożliwiała mi obserwacje pana z bródką. Zdołałem tylko stwierdzić, że jego elegancja była pozorna, mógł się wydawać eleganckim jedynie z daleka. Z bliska dostrzegłem plamy na jego jasnym garniturze, koszulę miał nie pierwszej czystości, a krawat oceniłem jako niegustowny. Czarną bródkę miał nierówno przyciętą, włosy na głowłe mocno przerzedzone, a twarz bardzo bladą, anemiczną, która nieprzyjemnie kontrastowała z czernią zarostu.
Orkiestra umilkła. Wróciliśmy z Hanką do stoliką. Kelner znowu przystąpił do pana z bródką, przyniósł czarną kawę, ciastka i lody.
- Im się zanosi na dłuższą zabawę - zauważyła Hanka.
Ale i nam podano brizole. Zabraliśmy się do jedzeniar a ponieważ, prawdę mówiąc, od dnia, w którym zacząłem biwakować, nie miałem w ustach nic porządnie przyrządzonegof jedzenie pochłonęło mnie całkowicie, Dopiero gdy z talerza zniknął ostatni kawałek mięsa i ostatnia fritka, powiedziałem do Hanki:
- To bardzo dobry przypadek, że ów pan z bródką jest w towarzystwie dziewczyny, którą podwiozłem autem. Przez nią będę mógł się o nim czegoś dowiedzieć.
Hanka uśmiechnęła się drwiąco.
- Niech pan powie od razu, że chciałby pan poflirtować z tą smarkulą. A ponieważ, być rnoże, panu przeszkadzam, więc sobie pójdę.
Nie musiałem odpowiadać. Ruda dziewczyna właśnie podeszła do naszego stolika.
- Dzień dobry panu - powiedziała. - Ciocia kazała mi panu podziękować, że podwiózł mnie pan do Ciechocinka. A to jest pańska żona? - spytała obcesowo, spoglądając na Hankę.
- Nie. To pani, którą do Ciechocinka podwiozłem swoim autem,
- Ach, autostopowiczka - uśmiechnęła się Teresa.
- Nie - z przekąsem stwterdziła Hanka,
- Pan ma szczęście do podwożenia ładnych dziewcząt - zaśmiała się Teresa. - Ale pan na to zasługuje. Ma pan najklawsze auto na świecie. To cudo, a nie samochód.
- Ta pani - wskazałem  Hankę – drwi sobie z mojego auta.
Ruda dziewczyna pogardliwłe wydęła wargi.
- Nie zna się na rzeczy. Pani jest pewnie z prowincji.
- Owszem. I co z tego? - niegrzecznie odpowledziała jej Hanka.
Ciotka przy stoliku kiwnęła ręką na Teresę, dając jej do zrozumienia, aby wróciła, Pośpieszyłem więc z pytaniem:
- Cóż to za pan z bródką siedzi przy pani stoliku? Narzeczony? Wujek?
- Ma najpiękniejsze auto  - rzekła ruda  dziewczyna,  jakby  to miało tłumaczyć  tę  znajomość. - Gdy zobaczyłam jego wóz na parkingu, nie mógłam się  powstrzymać   aby  się   nim  nie   przejechać.   No i oczywiście poznałam właściciela.
- Któż to jest? Cudzoziemiec?
- Nie. Polak, ale auto kupił od cudzoziemca. On sam, zdaje się, pracuje w dyplomacji. Do Ciechocinka przyjechał na wypoczynek. Nazywa się Hertel, Mieszka w pensjonacie Orbisu. A z panem co się dzieje? Gdzie pan mieszka? - zaskoczyła mnie pytaniem.
Obozuję nad Wisłą, koło miejscowości Antoninów.
Ciocia niecierpliwiła. się coraz bardziej i coraz gwnltowniejsze dawała dziewczynie znaki, aby wróciła do stolika. Pan z bródką pewnie poczul się obrażony, bo przywołał kelnera i zdecydował się zapłacić rachunek. Dziewczyna kiwnęła nam głową, co miało oznaczać pożegnanie, i znowu zasiadła przy panu z bródką,
Zabraliśmy się do pałaszowania dwóch kawałków tortu, które w międzyczasie podał kelner.
- Zdaje mi się, że facet próbuje się wymknąć - zauważyła Hanka.
Orkiestra zaczęła grać jakiś rzewny „kawałek”, ale pan z bródką nie zamierzał już tańczyć. Pocałował ciocię w rękę, skinął głową rudej dziewczynie i podniósł się od stolika.
- Chciałbym uiścić rachunek - przywołałem kelnera.
Przygotowanie rachunku trwało strasznie długo. Pan z bródką zdążył już opuścić „Zdrojową”. Na szczęście nie uszedł daleko. Skierował się na parking do swego samochodu, gdzie przez krótką chwilę rozmawiał z dozorcą. Gdy wsiadł do swego czarnego auta, ja i Hanka także siedzieliśmy w „samie”.
- Czyżby zamierzał go pan śledzić? - rzekła szyderczo Hanka. - Jego wóz wyciąga co najmniej sto pięćdziesiąt kilometrów na godzinę, a pański ledwo dyszy przy sześćdziesięciu. Jedyna nadzieja, że on pojedzie do pensjonatu.
Nie sprawdziły się te przewidywania. Pan Hertel ruszył szosą do Torunia. Potem skręcił na drogę do Antoninowa.
Zapadł zmierzch. Czarna limuzyna miała wspaniałe światła, Herteł mógł więc rozwinąć znaczną prędkość, tym bardziej że szosa nie była tu. ruchliwa. Rosła szybkość, ale odległość czerwonych światełek czarnego wozu nie zwiększała się ani na metr od mojego „sama”. Wtedy Hanka z coraz większym zdziwieniem poczęła obserwować strzałkę na szybkościomierzu, a potem pełna zdumienia spoglądała to na mnie, to na maskę mojego wehikułu.
- Sto dwadzieścia... sto trzydzieści... - mruczała pod nosem. A potakiwał jej malutki diabełek przy kierownicy, kiwnięciami swojej główki dając znak, abym zachował ostrożność.
W pobliżu miasteczka Hertel zmniejszył szybkość, a ja natychmiast zmieniłem światła długie na krótkie. Nie chciałem, aby zwrócił uwagę, że ktoś go ściga od Ciechocinka.
Minęliśmy Antonłnów.
- Myślałam, że on jedzie do naszego lasu - rzekła Hanka.
Za miastem czarny wóz począł przyśpieszać bieg. Pozwoliłem mu się oddalić na dość znaczną odległość i dopiero wówczas zacząłem go doganiać.
- Sto trzydzieści... sto czterdzieści - szeptała Hanka.
Raptem zwolniłem, pozostawiając tylko światła po stojowe. Pragnąłem, aby Hertel nabrał przekonaniaf że samochód, który za nim jechał, nie wytrzymał takiego tempa i wlecze się daleko w tyle. Lecz wóz Hertla nagle skręcił w drogę-żwirówkę.
- Już wiem - pisnęła Hanka - tędy także można dojechać do lasu. Tylko że od drugiej strony.
Minęliśmy wioskę, potem przesunęły się obok nas budynki cukrowni. Wkrótce zaczął się las - wysoko-pienny, gęsty, rozległy.
Był to ten sam las, który zbliżał się do Wisły i do miejsca, gdzie obozem rozłożyła się ekspedycja antropologiczna.
Droga przez las obfitowała w liczne i ostre zakręty. Czerwone światełka, umieszczone z tyłu samochodu Hertla, raz po raz znikały mi z oczu, nie mogłem bowiem jechać za nim zbyt blisko, aby nie odniósł wrażenia, że jest śledzony, W pewnej ohwlli znowu przestałem je widzieć - odtąd nie zobaczyłem ich więcej. Jechałem i jechałem - a czerwone światełka nie pojawiły się przed nami.
- Umknął.   Słowo  honoru,   umknął  -  rozpaczała Hanka,
- Zapewne   zjechał  w   boczną   dróżkę   i  wygasił wszystkie światła. Minęliśmy go, nie zauważywszy.
- Czy on to zrobił specjalnie?
- Nie wiem. Myślę, że przez cały czas w lusterku wstecznym dostrzegał nasze światła, w końcu zapewne domyślił sięf że go śledzimy. W każdym bądź razie ten postępek świadczy, że Hertel ma nieczyste sumienie. Innego by nie obchodziło, że jedzie za nim auto, prawda?
Przebyliśmy jeszcze kilkadziesiąt metróv i oto ukazała mi się dobrze znajoma okolica. Żwirówka skończyła się, dalej był piasek i łagodny zjazd do Wisły.
Skręciłem w las i zatrzymałem wóz na krawędzi drogi. Wygasiłem silnik i wszystkie światła. Wyszliśmy z samochodu,
- Wystrychnął nas na dudków - wzdychała Hanka.
Lecz ja zupełnie nie przejmowałem się kawałem, który nam urządził pan z bródką. Wiedzieliśmy przecież, jak się nazywa i że mieszka w Ciechocinku w pensjonacie Orbisu.
- Proszę. niech pani usiądzie - zaprosiłem Hankę do zajęcia miejsca na małym wzgórku, porośniętyin trawą, Usiadłem obok niej i zapaliłem papierosa.
Była już dziesiąta wieczór. W lesie panowała cisza. Wydawało się czymś niezwykle przyjemnym siedzieć tak i słuchać leśnej ciszy, która naprawdę to nie jest zupełną ciszą, ale właśnie dlatego przyjemnie jest jej słuchać.
Ubiegłej nocy padał deszcz, dzień, który minął, był upalny, wiłgoć parowała i zapełniała las lekką mgiełką. Ona pogłębiała ciemność, choć nad wierzchołkami drzew wisiało pogodne niebo.
Wzeszedł księżyc i wówczas w lesie pojaśniało, a raczej pobielało od mgły. Łudziliśmy słę, że może jednak czarna limuzyna pojawi się wreszcie na drodze, Skoro wydawało się nam, że właśnie w tym kierunku Hertel zamierzał jechać. Ale na drodze nie pokazało sięświatło żadnego pojazdu i przez długi czas las w ogóle wydawał się bezludny. W pewnej chwili usłyszeliśmy kroki - drogą przeszło trzech ludzi obarczonych jakimiś żelastwami, które pobrzękiwały cichutko. Idący minęli nas w odległości najwyżej dwudziestu kroków, nie widzieli nas jednak, ponieważ siedzieliśmy obok „sama”, na bocznej drodze prowadzącej do miasteczka.
Trzech ludzi z żelastwami zeszło nad Wisłę, ale nie w tym miejscu, gdzie piaszczysta droga stykała się z rzeką i gdzie kiedyś przybijał prom, lecz nieco dalej. Rosły tam krzaki, usłyszeliśmy ich szelest i potem stuk wiosła o burtę łódki. Ten dźwięk jest bardzo charakterystyczny, bo pudło łodzi rezonuje i woda niesie odgłos bardzo daleko.
I raptem otoczyła nas gromadka chłopców.
- Łucznicy...
Wilhelm Tell położył mi palec na ustach.
- To są kłusownicy - szepnął mi do ucha. - Niosą potrzaski na zwierzynę. Te potrzaski były rozstawione w lesie i schwytali w nie trochę zwierzyny. Teraz to wszystko zabierają na drugą stronę rzeki. Mają łódkę i mały gumowy ponton.
Zerwałem się z miejsca.
- Trzeba ich zatrzymać - szepnąłem Tellowi - trzeba uniemożliwić im odjazd. Albo może... - pomyślałem, że przecież mógłbym ścigać kłusowników swoim „samem”.
Wilhelm Tell przecząco pokręcił głową.
- Oni są uzbrojeni. Obserwowaliśmy ich. Mają fuzje.
Zrozumiałem Tella. Gdyby kłusownicy spostrzegli, że chcemy ich schwytać albo śledzić, być może zdecydowaliby się strzelać. Nie wolno było narazać się aż na takie niebezpieczeństwo.
- Pozostawili w lesie jeszcze trzy żelazne potrzaski. Zapewne jutro lub pojutrze wrócą, aby zobaczyć, czy nie wpadła w nie zwierzyna - informował mnie Tell. - Zaczaimy się na nich i wtedy cały obóz harcerski zdoła ich schwytać.
To był rzeczywiście dobry pomysł. Lecz z przykrością słuchałem, jak brzęczały żelaza, które kłusownicy rzucili na ponton. Potem zapiszczały dulki łódki i plusnąła woda rozgarnięta wiosłami. Kłusownicy odpływali od brzegu.
Na kolanaeh, aby nas nie dostrzegli, podsunęliśmy się na brzeg rzeki. Tak, widzieliśmy ich wyraźnie, trzech ludzi siedziało w łódce, która na długim sznurze holowała za sobą mały gumowy ponton.
- Po co im ten ponton? - dziwił się Sokole Oko. Dla mnie to było jasne.
- Na pontonie mają broń, potrzaski i upolowaną zwierzynę. Gdyby na przykład teraz właśnie przejechała tędy motorówka mlicyjnej służby wodnej, natychmiast odcięliby ponton od łódki i pozwoliliby mu spłynąć swobodnie. I gdyby nawet milicja dostrzegła ów ponton i zobaczyła jego zawartość, nikt nie byłby w stanie udowodnić kłusownikom, że to oni go holowali. Mogliby twierdzić, że ponton płynie rzeką gdzieś z bardzo daleka.
- Nie wytrzymam, naprawdę nie wytrzymam - powtarzał Wilhelm Tell, ze zdenerwowania podskakując na jednej nodze.
I błyskawicznym ruchem zdjął z ramienia swoją kuszę. Nim zdołałem go powstrzymać, na cięciwie kuszy leżała strzała. Usłyszeliśmy cichutki jęk cięciwy i sirzała poszybowała w stronę oddalającej się łódki z. kłusownikami.
- Coś ty zrobił, Tellu? - powiedziałem zdumiony, nie wiedząc, czy aprobować, czy też potępić ten czyn. Tell jednak ani myślał mnie słuchać. Założył nową strzałę i znowu wypuścił ją w stronę kłusowników. Przytailiśmy oddechy w piersiach, czekając, czy na nie rozlegnie się jakiś okrzyk. Ale wciąż trwała cisza tylko pojękiwały dulki wioseł. Łódka z kłusownikami powoli rozpływała się w ciemnościach zalegających rzekę.
- Nie trafiłeś - stwierdził Sokole Oko, Wilhelm Tell zachichotał złośliwie.
- A właśnie, że trafiłem. Bo ja nie strzelałem do kłusowników. Celowałem w gumowy ponton. I na pewno go trafiłem. Teraz z pontonu wychodzł powietrze, on zatonie, zanim zdołają to zauważyć.
Czekaliśmy.
Nie było już widać ani łódki, ani pontonu. Nagle usłyszeliśmy gniewne głosy rozlegające się gdzieś na środku rzeki. Ustał jękliwy zgrzyt dulek, ktoś coś wołał głośno, ktoś kogoś łajał.
- Zatonął ponton. Zatonął - Wilhelm Tell tańczył na brzegu Wisły. Również i pozostali chłopcy poczęli radośnie podskakiwać, wymachując rękami.
- Zatonęła im broń... Zatonęły im potrzaski... - powtarzali harcerze, upajając się świadomością szkody, jaką wyrządzili kłusownikom.
Jeszcze jakiś czas z ciemności zalegającej rzekę dochodziły do nas głośne przekleństwa. Potem nastąpiła cisza....